Ogrodnik w laboratorium, czyli praca naukowca od kuchni

Ogrodnikiem nie jest się tylko w ogrodzie, w sadzie czy na własnym zielonym balkonie. Jest taka grupa ogrodników-naukowców, którzy czasem zamykają się w laboratorium. Takim typem ogrodnika jestem właśnie ja. Chcecie wiedzieć co ja właściwie robię w laboratorium? Dzisiaj Wam powiem.

In vitro nie takie straszne jak gadają

Każda praca doktorska opiera się na przeprowadzaniu badań, ale ich tematyka i zakres są bardzo różne. Często są to doświadczenia powtarzane przez kilka lat, aby ich rzetelność i dokładność była bardzo wysoka. W  moim przypadku zaczęło się od pracy w laboratorium roślinnych kultur in vitro. Muszę wyjaśnić na początku co oznacza zwrot „in vitro„. To nic innego jak „poza środowiskiem”, czyli w ściśle kontrolowanych przez człowieka warunkach. Tylko tyle lub aż tyle. O kulturach in vitro już Wam kiedyś pisałam Rozmnażanie in vitro roślin

Ogrodnik w laboratorium

Początkowo wszystko było czarną magią, ale powoli ogarniałam o co chodzi, a nawet uczyłam studentów. Bardzo podobało mi się kreatywne podejście do każdej procedury i czynności, bo na uczelniach nikt nie zamyka się na jeden punkt widzenia, tylko szuka najlepszego rozwiązania. Dzięki pracy w skali mikro w trakcie 5 lat na uczelni mogłam pracować z różnymi roślinami: petunie, liliowce, rosiczki, rośliny akwariowe, bananowce, fikusy, opuncja i różaneczniki.

Ogrodnik w laboratorium.Najbardziej zżyta jestem z petuniami i śmiało mogę powiedzieć, że jestem ich mamą, a to są moje wychuchane dzieci. Nie chciały skubane rosnąć, choć przestrzegałam wszystkich procedur opisanych w literaturze. Pomógł jeden błąd – przypadkowo „posadziłam” je na innym podłożu i nagle w słoiku zapanował zielony chaos liści! Aż chciało się krzyczeć „eureka!”. Jak widać, każda roślina ma inne wymagania i potrzebuje innego podłoża, więc o każdą trzeba szczególnie zadbać – podobnie jak na ogrodowych rabatach. Z tym, że własną ręką mogłam kontrolować światło, temperaturę i wilgotność powietrza – byłam bogiem małego pokoju hodowlanego, w którym żyły rośliny upchane w sterylnych słoikach. Muszę zaznaczyć, że to nie jest tak, że efekty pracy widać od razu, czasem trzeba czekać kilka tygodni, aż pojawią się nowe pędy lub liście, a doświadczenia często trwają nawet do 10 tygodni. Jest to żmudna praca dla osób lubiących monotonne czynności, które oczyszczają umysł i pozwalają chwilę nie myśleć o niczym. 

DNA na widelcu

O tym, że DNA można zobaczyć swoimi oczami nawinięte na widelec, pewnie nie każdy wie. Nie jest to trudne i można zrobić to w domu. Niektórzy pewnie nawet izolowali DNA na biologii w szkole. Ale w laboratorium DNA rozkłada się prawie na czynniki pierwsze, a żeby zrobić to dobrze, potrzeba odpowiedniej metody. Owszem są gotowe procedury, ale okazuje się, że nie nadają się dla wszystkich roślin. Żeby nie było tak łatwo, moje różaneczniki są bardzo wymagające i nie chcą podzielić się ze mną swoim DNA. I znowu pojawił się głód naukowca, który musi badać, szukać i sprawdzać jaki będzie najlepszy sposób, aby wydobyć z liści to co najważniejsze.

W laboratorium molekularnym można się jednak pobawić np. ciekłym azotem. Zastanawialiście się czy prawdziwy ciekły azot zamraża tak, jak pokazują na filmach? Już pierwszego dnia pracy z azotem oblewałam nim wszystko dookoła i patrzyłam jak zamarzają rośliny, laboratoryjne rękawiczki, kwiaty, a najbardziej podobała mi się para, gdy wylewałam azot na podłogę!

Prowadząc badania molekularne trzeba zmienić skalę postrzegania świata na bardzo mikro, bo własnie mikrolitrami operuje się najczęściej. Początkowo to był dla mnie problem, bo takie objętości są mało „namacalne” i jedna kropla w tą czy w tamtą robi wielką różnicę. Teraz już się do tego przyzwyczaiłam, szczególnie, że efekty pracy widać prawie od razu lub następnego dnia (gdy sprawdzi się obecność i jakoś DNA). Niestety o wiele łatwiej popełnić błąd. Jest to także żmudna praca, bo często wykonuje się pojedyncze czynności np. odmierzanie odczynnika w odstępach 10-30 minutowych, a w między czasie trzeba czekać.

A co gdy ogrodnik nie jest w laboratorium?

Czas, gdy nie muszę siedzieć w laboratorium przeznaczam na pisanie artykułów i pracy doktorskiej, a we wcześniejszych latach na przygotowywanie i prowadzenie zajęć ze studentami. Trzeba też doglądać roślin rosnących w pokoju hodowlanym i kontrolować ich tempo wzrostu.


Eureka

 

Dorota Blatsios

Print Friendly, PDF & Email

Powiązane wpisy

Dorota

2 Comments

    • Z racji naukowego odejścia do życia uważam, że każde odkrycie z zakresu inżynierii genetycznej może stanowić wartościowy wkład w proces hodowlany odmian użytkowych. Mimo, że rośliny modyfikowane genetycznie mają wiele korzystnych cech, to należy zachować dystans, ponieważ nie wiemy jaki będzie ich wpływ na środowisko za 10,50,100 lat. Możliwe, że będą współistniały z tradycyjnymi odmianami, ale równie dobrze mogą je wyprzeć i zdominować ekosystemy. Gdyby nie postęp hodowlany (np. krzyżowanie), to dalej jedlibyśmy czarne marchewki, a rośliny użytkowe byłyby bardzo podatne na choroby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *